Kategorie
inne.

Wrażenia z wyjazdu na Słowację i co nie co o mojej rodzinie.

Witajcie.
W tym tygodniu byłem na Słowacji odwiedzić słowacką część rodziny i jak się później okazało, pochodzić po górach.
Najpierw krótko ją wam przedstawię.
Brat taty ma na imię Peter i już jest emerytem. Jeszcze głos ma wyraźny, ale pogarsza się jego słuch i czasami trudno się z nim przez telefon porozumieć.
Mariena to jego żona i już przeszła różne operacje, ale przynajmniej narazie jeszcze funkcjonuje normalnie.
U nich są dwie córki- młodsza Lenka i starsza Marika, które mają swoje rodziny.
Peter z Marieną mieszkają w dwóch miejscach- zimą w bloku w Popradzie, later zaś na działce w Batizowcach.
No i właśnie do nich wybrałem się ja z mamą i jej znajomym- informatykiem Piotrem.
Mięliśmy wyruszyć w tamtą niedzielę o piątej rano, ale nic z tego nie wyszło, wstaliśmy w półdo siudmej a wyruszyliśmy przed usmą.
Droga była dobra, ale na autostradzie a1 wprowadzone zostały 2 pomiary prędkości z ograniczeniem 70 km/h i zdarzało się, że kierowcy na odcinku pomiędzy pomiarami zachowawczo jechali siedemdziesiątką, przez co straciliśmy godzinę czasu.
Potem jechaliśmy s jedynką i a czwórką, gdy wjeżdżaliśmy z autostrady na zakopiankę, zaczęło lać przez chwilę, ale udało się nam bezpiecznie przejechać ten odcinek i potem dojechać do Batizowiec bez większych komplikacji.
Jakto pierwszego dnia, nie działo się nic szczegulnego poza klasycznym co słychać i spacerem w okolicy wioski.
Nie umiem pisać po słowacku, ale moim zdaniem spolszczone nazwy miejsc, które od teraz będę opisywał, są mało klimatyczne.
Napiszę więc te nazwy tak, jak umiem, w nawiasach podam wskazówki dotyczące ich wymowy.
W poniedziałek była czasami pochmurna pogoda, ale góry w większości było widać.
Peter nam poprzedniego dnia polecił Sliezsky dom (w słowackim y na końcu przymiotnika czytamy jak i).
Trasa wiodła z Tatranskiej Polianki 7 km górską drogą, którą trzebabyło pokonać na pieszo.
Z Batizowiec do Tatranskiej Polianki jest ok. 6 km i tyle mogliśmy podjechać samochodem.
Na Sliezsky dom można było wejść tylko aswaltem albo w dwóch miejscach droga aswaltowa przecinała się z typowo górską, która była trochę krutsza i wiodła przez kamienie, korzenie itp.
Postanowiłem więc się przekonać, czy jestem prawdziwym guralem i chodziłem górskimi ścieżkami gdzie tylko się dało.
Problemów zbyt wielkich nie miałem, a moja biała laska była czymś w rodzaju kija trekingowego.
W jednym miejscu było rozwidlenie, gdzie droga aswaltowa prowadziła do naszego celu wyprawy, górska zaś bezpośrednio na Gerlah.
Dla mojego bezpieczeństwa, zchodziliśmy aswaldem tylko.
Po takiej wyprawie było wiadomo, że przez kilka dni będą zakwasy.
Nam najbardziej dawały się we znaki od środy do piątku.
Po powrocie na hatę mięliśmy już naszykowany objad.
Mariena praktycznie każdego dnia coś szykowała i tym samym nie pozwalała nam jeść w restauracjach, gdyż wiedzięliśmy, że jeśli nie zjemy tego, co nam naszykuje, będzie bardzo niezadowolona.
We wtorek była w planach Bahledowa dolina- niedaleko polskiej granicy.
Wybraliśmy się tam, ale tamtego dnia była najgorsza pogoda podczas całego wyjazdu- przelotnie padało i cały czas góry i widoki były za chmurami.
Weszliśmy na wierzę, która tam jest, ale widoków nie było z powodu pogody.
Jeszcze wtedy nie było późno, więc pojechaliśmy do Polski zwiedzić zamek, gdzie był kręcony film "Janosik".
Kolejka do kasy biletowej była taka, że trzebabyło by odstać półtorej godziny albo i więcej.
Dzięki temu, że jestem niepełnosprawny, wywalczyliśmy obsługę bez kolejki, ale nie było warto.
W środku był człowiek na człowieku, nie było przewodnika, który na bierząco by mówił, co zwiedzamy.
W kasie nam powiedzięli, że w głównych salach są przewodnicy i można z nimi porozmawiać o ich historii, ale już sobie wyobrażam, jak masakrycznie było się tam dostać.
Jedyne, co z tego zwiedzania pamiętam, to fakt, że nie zwiedziliśmy jednej z sal, gdyż już tam było zbyt tłoczno.
W okolicy jest też wozownia i ją zwiedziliśmy.
Było tam mniej ludzi, ale nie wiele.
No i potem wróciliśmy na objad i tak się dzień skończył.
W środę była mniej więcej taka pogoda, jak w poniedziałek.
Mimo zakwasów, postanowiliśmy wejść na Hrebienok.
Droga tam wiedzie kolejką linową (lanowka) albo na pieszo ze Smokowca.
Wjechaliśmy w górę, poszliśmy zobaczyć wodospady i zeszliśmy do Smokowca.
Wywalczyliśmy objad w restauracji.
Od jakiegoś czasu żadna wizyta na Słowacji nie może obyć się bez zjedzenia wypiekanego sera w panierce z sosem tatarskim i frytkami a do tego, w moim przypadku, wypicia kofoli.
Nie chciało się nam już tak intensywnie po górach wchodzić i zapytaliśmy Petra, czy mógłby nam polecić jakąś jeszcze inną dolinę do zwiedzenia.
No i nam polecił dwie- Tiha dolina i Koprowa dolina, wybraliśmy tę pierwszą gdyż była dla mnie bezpieczniejsza.
Poza tym, po drógiej stronie doliny jest dosłownie Polska, ale trzebabyłoby mieć kondycję, by przejść prawie 20 km i się tam dostać.
A żeby tego było mało, po wyjściu z tamtejszego parkingu było rozwidlenie i nie wiedzięliśmy, gdzie iść.
Dwie kobiety, które tam były, pokazały ręką lewe rozwidlenie, więc tam poszliśmy.
Droga wiodła jakieś półtora kilometra pod górę do jakiegoś hotelu.
I dopiero jego pracownicy nam powiedzięli, że musimy defacto wrócić na parking i pujść tym drógim rozwidleniem przez mostek, by się dostać na dolinę.
Przeszliśmy tylko krótki kawałek do wodospadu, mama wtedy padła ze zmęczenia.
Ja zanurzyłem pierwszy raz ręcę w górskim potoku.
No i wróciliśmy zadowoleni, a po powrocie odwiedziła nas Lenka.
Po dłuższej rozmowie dowiedziałem się, że to, co słyszałem w piosenkach o cyganach, było prawdą gdy te piosenki powstawały, czyli po II wojnie światowej.
Wtedy cyganie faktycznie się bawili, później wrużyli, grali i na koniach jeździli, ale gdy wkońcu wszystko zaczęło drożeć, ich styl życia się diametralnie zmienił i teraz cwaniakują, by zdobyć pieniądze.
Lenka nas zaprosiła, byśmy następnego dnia ją odwiedzili.
Tak też zrobiliśmy, ale najpierw odwiedziliśmy styrbske pleso (styrbske czytamy sztyrbske).
Mięliśmy w planach zwiedzić cały teren jeziora i pujść na tamtejsze wodospady i jeziorka laski.
Plany się zmieniły, gdy zobaczyliśmy terminal kolejki krzesełkowej.
Po namyśle postanowiliśmy nią pojechać i znaleźliśmy się w miejscu o nazwie hata pod Suliskom.
To była moja pierwsza jazda wyciągiem krzesełkowym, od tego dnia znam już wszystkie typy linowych kolejek.
Chcięliśmy jeszcze zdobyć szczyt z krzyżem, ale w jednej trzeciej drogi okazało się, że niedość, że nie ma drogi aswaltowej, to droga była dla mnie zbyt niebezpieczna, szczegulnie przy zchodzeniu, po prostu były za wysokie głazy.
Rozdzieliliśmy się tak, że ja i mama zawróciliśmy, znajomy poszedł dalej zdobyć ten szczyt, co mu się udało.
Mimo, że wiedzięliśmy o objedzie, najedliśmy się w tamtejszej knajpie gdyż po prostu nie mięliśmy już siły.
No i wkońcu gdy już byliśmy razem, zjechaliśmy w dół.
Nie zapomnę komendy, którą przez radio przekazał jeden pracownik innemu- "Spomal, a 36 zastawic" (w słowackim końcówki bezokoliczników czytamy jak coś pomiędzy naszym ć a rosyjskim mięgkim t).
Ta komenda oznacza Spowolnić i 36 zatrzymać.
Dowiedzięliśmy się wtedy, że praktycznie ta kolejka ma prawie 100 wagoników, każdy z nich mieści 5 osób, my jechaliśmy wagonikiem 36.
Po powrocie nad jezioro poszliśmy jeszcze nad jeziorka laski, na wodospady nie było już czasu ani siły.
W sobotę już chcięliśmy odpocząć, poza tym wiedzięliśmy, że odwiedzą nas rodzice chrzestni, ale nie powiedzięli, o której godzinie przyjadą.
Znaleźliśmy czas, by przespacerować się deptakiem Popradu i wieczorem przeszliśmy się po całej działce Petera i Marieny.
Gdy doszliśmy do ogrodzenia, widzięliśmy, jak cygan robił bałagan u sąsiada a to oznacza, że na Słowacji cyganie się mnożą i jest ich bardzo dużo. Rozważaliśmy powrót wczoraj przez czeski Cieszyn, ale stanęło na tym, że wyruszyliśmy chwilę po siudmej i pojechaliśmy standardową trasą.
Droga była podobna, ale Piotrkowi się tak często chciało do toalety, że chyba z 7 razy się zatrzymał w porównaniu z dwoma podczas drogi w tamtą stronę.
Nie mięliśmy siły robić objadu, więc zatrzymaliśmy się jeszcze w Pabianicach u rodziny Piotrka, pokazaliśmy im zdjęcia z podróży, zjedliśmy u nich objad i wróciliśmy do domu.
Za rok mamy w planach prawdopodobnie Slawkowski scit (szczit), wybrać się jeszcze raz do Bahledowej doliny gdy będzie lepsza pogoda oraz zwiedzić polskie tatry.

Mam nadzieję, że wpis się wam podobał.
Do zobaczenia później.

Ps. Wczoraj, bo już jest po północy.
Wpis jeszcze zacząłem pisać przed północą.

Kategorie
inne.

Stałem się ofiarą z powodu google

Witajcie.
Google z pewnością traktuje wszystkie kąta, jakby były prywatne.
Dyrektor Instytutu Rusycystyki stworzył konto na g-mailu, które z założenia miało być dla wszystkich studentów I roku.
No i tak było, ale zawsze gdy jakiś nowy student dołączał i się logował, przychodziły krytyczne alerty bezpieczeństwa od google z zaleceniami zmiany hasła, ochrony kąta itd.
Ignorowaliśmy te alerty.
No i jak dzisiaj prubowałem tam zajrzeć, by sprawdzić, czy nikt nam nic nie wysłał, dostałem komunikat, że zostałem wylogowany ze względów bezpieczeństwa, bo podobno jakaś podejrzana aplikacja na moim urządzeniu miała dostęp do kąta.
Sprubowałem się znów zalogować, ale wtedy mnie wyrzuciło na stronę odzyskiwania kąta, gdzie musiałem potwierdzić tożsamość.
Najpierw mnie poprosiło o zeskanowanie kodu QR przy pomocy aplikacji aparat na i-phonie.
I-phona nie mam, więc zeskanowałem kod przy pomocy aplikacji seeing assistant home na androidzie, ale nie dało to w ogule żadnego efektu, tak jak zresztą myślałem.
Telefon mi podał wszystkie informacje o kodzie, ale na stronie się nic nie zadziało.
Nie było nawet pola edycji na wpisanie kodu i był tylko przycisk wyprubój inny sposób, więc wiedziałem, że musiałbym ten kod zeskanować tym konkretnym urządzeniem i tą konkretną aplikacją, by przeszło dalej.
Dałem więc wyprubój inny sposób, ale wtedy mnie poprosiło, bym wziął do ręki urządzenie, które prawdopodobnie należy do dyrektora instytutu, wszedł w nim w ustawienia, google, zarządzanie kątem i z tamtąd przepisał kod bezpieczeństwa.
Siłą rzeczy, nie mam tego telefonu i nie mogłem tego zrobić, więc dałem znów wyprubój inny sposób.
Ale lista sposobów się wtedy skończyła, gdyż wyświetliło się, że google musi wiedzieć więcej, by chronić kąto i był przycisk sprubój ponownie, który powtarzał procedurę od nowa.
W ten sposób, straciłem na zawsze dostęp do maila grupowego.
Nie wiem jeszcze, czy inni studenci też potracili dostęp.
Jeśli tak, to google zrobiło czystkę.
Jeśli tylko kilkoro, to faktycznie jestem ofiarą lub jedną z ofiar google.
Pewny jestem jednak tego, że starosta mojej grupy nie stracił dostępu, więc go poprosiłem, by gdy przyjdzie jakaś ważna wiadomość na mail grupowy, by mi ją przekazywał na mój mail prywatny.
Wniosek: moim zdaniem lepiej, by mail grupowy faktycznie był, ale na innym serwisie.

Co o tym myślicie?

Kategorie
inne.

No i trochę ostatnio napadało.

Mam na myśli śnieg.
Jeżeli do teraz nie stopniał, wyjdę niedługo na śnieżki.
W tych czasach śniegu jest na tyle mało, że postanowiłem z radością napisać ten krótki wpis, by wam przypomnieć, że jeszcze można doświadczyć zimowej atmoswery.
Do zobaczenia później.

Kategorie
inne.

Brzmienie jednego z moich tegorocznych prezentów.

Kategorie
inne.

Z ostatniej chwili: dziwna Chinka.

Przez portal pyszne.pl, mój brat jakieś dwie godziny temu zamówił chińskie jedzenie.
No ale go nie dostał i prubował dowiedzieć się, dlaczego.
Z jego dochodzenia wynikło, że zlecenie przyjęła jakaś nowo powstała knajpa na dąbrowie.
Brat o tym nie wiedział i dzwonił nie tam, gdzie trzeba.
No i wkońcu zadzwoniła do niego jakaś Chinka najprawdopodobniej i wydawało się, że tylko po angielsku mówiła.
Brat rozumie angielski, ale nie nauczył się jeszcze mówić i poprosił mnie o pomoc.
Powiedziała nam, że możliwe, że brat nie pod ten numer dzwonił.
Więc brat pytał się potem, czy jest jeszcze jakaś inna restauracja, o której nie wiedział.
Ja musiałem na angielski to tłumaczyć.
Wtedy nie dość, że jedzenie przyjechało, to tę Chinkę olśnić musiało czy cokolwiek, zapytała nas, czy mówimy po polsku i brat mógł z nią rozmawiać.
No i brat za zamieszanie przepraszał i wiadomo, co dalej.

Tak więc trzymajcie się i wiedzcie, że tacy ludzie też są.

Kategorie
inne.

To jest poprostu piękne! Niestety nie mam linka do tego.

Kategorie
inne.

Do zobaczenia wkrótce.

Mam nadzieję, że niedługo zobaczycie coś mojego autorstwa, nie jakieś skopiowane relacje z gier.
Nie wiem, czy mi czas na to pozwoli, ale zobaczymy.
Dlatego na razie mówię wam:
Do zobaczenia wkrótce.

Kategorie
inne.

Nieborów wznawia projekty.

No i z tego powodu niedługo wyjeżdżam, po długiej przerwie. Powinni mówić o wordzie.
Jak myślicie? Będzie coś nowego dla mnie wkońcu? Czy znowu będzie to jakaś paplanina, z której nic nowego się nie dowiem?
Możecie w komentarzach odpowiedzieć.

Kategorie
inne.

Chwila odpoczynku od powtarzania, w lamencie i radości.

Już jótro msza z okazji drógiej rocznicy śmierci mojego taty. Nadal nie mogę uwierzyć, że żyję bez niego tyle czasu.
Dla niewiedzących, mój tata był bardzo szanowanym słowakiem, który przyjechał do Polski po rozmowie mojej mamy z jego znajomą.
Wszędzie, gdzie się pojawiał (oprucz urzędów oczywiście), był szanowany nawet przez nieznajomych. W Polsce pracował na czarno zbierając nam drewno na zimę, robił nam zakupy i nawet mnie woził do szkoły. No ale wszystko dobre szybko się kończy. Rak nasady języka taty i złe leczenie doprowadziły do jego śmierci.

Ponieważ u nas będzie słowacka strona naszej rodziny, robimy małą imprezkę zaraz po mszy.
No a po niedzieli, gdy goście pujdą, będę musiał wrócić do powtarzania do matury.
Narazie to tyle. Do zobaczenia później.

Kategorie
inne.

Matura niedługo i dużo roboty.

Teoretycznie jest dopiero luty, ale zleci to jak strzała.
Niedługo nauczyciele będą zmuszali wręcz mnie do powtarzania.
Tym czasowo wyłącze w ustawieniach co nowego powiadamianie o nowych wontkach i wpisach.
Eltena będę używał do komentowania albo odbierania plików od znajomych. Czytanie wpisów na forum po prostu mnie pochłonie i wtedy nic nie powturzę. Powód jest taki, że za dużo dziełoby się na forum.
Tak więc do zobaczenia, najpóźniej po maturach.