Kategorie
inne.

Wrażenia z wyjazdu na Słowację i co nie co o mojej rodzinie.

Witajcie.
W tym tygodniu byłem na Słowacji odwiedzić słowacką część rodziny i jak się później okazało, pochodzić po górach.
Najpierw krótko ją wam przedstawię.
Brat taty ma na imię Peter i już jest emerytem. Jeszcze głos ma wyraźny, ale pogarsza się jego słuch i czasami trudno się z nim przez telefon porozumieć.
Mariena to jego żona i już przeszła różne operacje, ale przynajmniej narazie jeszcze funkcjonuje normalnie.
U nich są dwie córki- młodsza Lenka i starsza Marika, które mają swoje rodziny.
Peter z Marieną mieszkają w dwóch miejscach- zimą w bloku w Popradzie, later zaś na działce w Batizowcach.
No i właśnie do nich wybrałem się ja z mamą i jej znajomym- informatykiem Piotrem.
Mięliśmy wyruszyć w tamtą niedzielę o piątej rano, ale nic z tego nie wyszło, wstaliśmy w półdo siudmej a wyruszyliśmy przed usmą.
Droga była dobra, ale na autostradzie a1 wprowadzone zostały 2 pomiary prędkości z ograniczeniem 70 km/h i zdarzało się, że kierowcy na odcinku pomiędzy pomiarami zachowawczo jechali siedemdziesiątką, przez co straciliśmy godzinę czasu.
Potem jechaliśmy s jedynką i a czwórką, gdy wjeżdżaliśmy z autostrady na zakopiankę, zaczęło lać przez chwilę, ale udało się nam bezpiecznie przejechać ten odcinek i potem dojechać do Batizowiec bez większych komplikacji.
Jakto pierwszego dnia, nie działo się nic szczegulnego poza klasycznym co słychać i spacerem w okolicy wioski.
Nie umiem pisać po słowacku, ale moim zdaniem spolszczone nazwy miejsc, które od teraz będę opisywał, są mało klimatyczne.
Napiszę więc te nazwy tak, jak umiem, w nawiasach podam wskazówki dotyczące ich wymowy.
W poniedziałek była czasami pochmurna pogoda, ale góry w większości było widać.
Peter nam poprzedniego dnia polecił Sliezsky dom (w słowackim y na końcu przymiotnika czytamy jak i).
Trasa wiodła z Tatranskiej Polianki 7 km górską drogą, którą trzebabyło pokonać na pieszo.
Z Batizowiec do Tatranskiej Polianki jest ok. 6 km i tyle mogliśmy podjechać samochodem.
Na Sliezsky dom można było wejść tylko aswaltem albo w dwóch miejscach droga aswaltowa przecinała się z typowo górską, która była trochę krutsza i wiodła przez kamienie, korzenie itp.
Postanowiłem więc się przekonać, czy jestem prawdziwym guralem i chodziłem górskimi ścieżkami gdzie tylko się dało.
Problemów zbyt wielkich nie miałem, a moja biała laska była czymś w rodzaju kija trekingowego.
W jednym miejscu było rozwidlenie, gdzie droga aswaltowa prowadziła do naszego celu wyprawy, górska zaś bezpośrednio na Gerlah.
Dla mojego bezpieczeństwa, zchodziliśmy aswaldem tylko.
Po takiej wyprawie było wiadomo, że przez kilka dni będą zakwasy.
Nam najbardziej dawały się we znaki od środy do piątku.
Po powrocie na hatę mięliśmy już naszykowany objad.
Mariena praktycznie każdego dnia coś szykowała i tym samym nie pozwalała nam jeść w restauracjach, gdyż wiedzięliśmy, że jeśli nie zjemy tego, co nam naszykuje, będzie bardzo niezadowolona.
We wtorek była w planach Bahledowa dolina- niedaleko polskiej granicy.
Wybraliśmy się tam, ale tamtego dnia była najgorsza pogoda podczas całego wyjazdu- przelotnie padało i cały czas góry i widoki były za chmurami.
Weszliśmy na wierzę, która tam jest, ale widoków nie było z powodu pogody.
Jeszcze wtedy nie było późno, więc pojechaliśmy do Polski zwiedzić zamek, gdzie był kręcony film "Janosik".
Kolejka do kasy biletowej była taka, że trzebabyło by odstać półtorej godziny albo i więcej.
Dzięki temu, że jestem niepełnosprawny, wywalczyliśmy obsługę bez kolejki, ale nie było warto.
W środku był człowiek na człowieku, nie było przewodnika, który na bierząco by mówił, co zwiedzamy.
W kasie nam powiedzięli, że w głównych salach są przewodnicy i można z nimi porozmawiać o ich historii, ale już sobie wyobrażam, jak masakrycznie było się tam dostać.
Jedyne, co z tego zwiedzania pamiętam, to fakt, że nie zwiedziliśmy jednej z sal, gdyż już tam było zbyt tłoczno.
W okolicy jest też wozownia i ją zwiedziliśmy.
Było tam mniej ludzi, ale nie wiele.
No i potem wróciliśmy na objad i tak się dzień skończył.
W środę była mniej więcej taka pogoda, jak w poniedziałek.
Mimo zakwasów, postanowiliśmy wejść na Hrebienok.
Droga tam wiedzie kolejką linową (lanowka) albo na pieszo ze Smokowca.
Wjechaliśmy w górę, poszliśmy zobaczyć wodospady i zeszliśmy do Smokowca.
Wywalczyliśmy objad w restauracji.
Od jakiegoś czasu żadna wizyta na Słowacji nie może obyć się bez zjedzenia wypiekanego sera w panierce z sosem tatarskim i frytkami a do tego, w moim przypadku, wypicia kofoli.
Nie chciało się nam już tak intensywnie po górach wchodzić i zapytaliśmy Petra, czy mógłby nam polecić jakąś jeszcze inną dolinę do zwiedzenia.
No i nam polecił dwie- Tiha dolina i Koprowa dolina, wybraliśmy tę pierwszą gdyż była dla mnie bezpieczniejsza.
Poza tym, po drógiej stronie doliny jest dosłownie Polska, ale trzebabyłoby mieć kondycję, by przejść prawie 20 km i się tam dostać.
A żeby tego było mało, po wyjściu z tamtejszego parkingu było rozwidlenie i nie wiedzięliśmy, gdzie iść.
Dwie kobiety, które tam były, pokazały ręką lewe rozwidlenie, więc tam poszliśmy.
Droga wiodła jakieś półtora kilometra pod górę do jakiegoś hotelu.
I dopiero jego pracownicy nam powiedzięli, że musimy defacto wrócić na parking i pujść tym drógim rozwidleniem przez mostek, by się dostać na dolinę.
Przeszliśmy tylko krótki kawałek do wodospadu, mama wtedy padła ze zmęczenia.
Ja zanurzyłem pierwszy raz ręcę w górskim potoku.
No i wróciliśmy zadowoleni, a po powrocie odwiedziła nas Lenka.
Po dłuższej rozmowie dowiedziałem się, że to, co słyszałem w piosenkach o cyganach, było prawdą gdy te piosenki powstawały, czyli po II wojnie światowej.
Wtedy cyganie faktycznie się bawili, później wrużyli, grali i na koniach jeździli, ale gdy wkońcu wszystko zaczęło drożeć, ich styl życia się diametralnie zmienił i teraz cwaniakują, by zdobyć pieniądze.
Lenka nas zaprosiła, byśmy następnego dnia ją odwiedzili.
Tak też zrobiliśmy, ale najpierw odwiedziliśmy styrbske pleso (styrbske czytamy sztyrbske).
Mięliśmy w planach zwiedzić cały teren jeziora i pujść na tamtejsze wodospady i jeziorka laski.
Plany się zmieniły, gdy zobaczyliśmy terminal kolejki krzesełkowej.
Po namyśle postanowiliśmy nią pojechać i znaleźliśmy się w miejscu o nazwie hata pod Suliskom.
To była moja pierwsza jazda wyciągiem krzesełkowym, od tego dnia znam już wszystkie typy linowych kolejek.
Chcięliśmy jeszcze zdobyć szczyt z krzyżem, ale w jednej trzeciej drogi okazało się, że niedość, że nie ma drogi aswaltowej, to droga była dla mnie zbyt niebezpieczna, szczegulnie przy zchodzeniu, po prostu były za wysokie głazy.
Rozdzieliliśmy się tak, że ja i mama zawróciliśmy, znajomy poszedł dalej zdobyć ten szczyt, co mu się udało.
Mimo, że wiedzięliśmy o objedzie, najedliśmy się w tamtejszej knajpie gdyż po prostu nie mięliśmy już siły.
No i wkońcu gdy już byliśmy razem, zjechaliśmy w dół.
Nie zapomnę komendy, którą przez radio przekazał jeden pracownik innemu- "Spomal, a 36 zastawic" (w słowackim końcówki bezokoliczników czytamy jak coś pomiędzy naszym ć a rosyjskim mięgkim t).
Ta komenda oznacza Spowolnić i 36 zatrzymać.
Dowiedzięliśmy się wtedy, że praktycznie ta kolejka ma prawie 100 wagoników, każdy z nich mieści 5 osób, my jechaliśmy wagonikiem 36.
Po powrocie nad jezioro poszliśmy jeszcze nad jeziorka laski, na wodospady nie było już czasu ani siły.
W sobotę już chcięliśmy odpocząć, poza tym wiedzięliśmy, że odwiedzą nas rodzice chrzestni, ale nie powiedzięli, o której godzinie przyjadą.
Znaleźliśmy czas, by przespacerować się deptakiem Popradu i wieczorem przeszliśmy się po całej działce Petera i Marieny.
Gdy doszliśmy do ogrodzenia, widzięliśmy, jak cygan robił bałagan u sąsiada a to oznacza, że na Słowacji cyganie się mnożą i jest ich bardzo dużo. Rozważaliśmy powrót wczoraj przez czeski Cieszyn, ale stanęło na tym, że wyruszyliśmy chwilę po siudmej i pojechaliśmy standardową trasą.
Droga była podobna, ale Piotrkowi się tak często chciało do toalety, że chyba z 7 razy się zatrzymał w porównaniu z dwoma podczas drogi w tamtą stronę.
Nie mięliśmy siły robić objadu, więc zatrzymaliśmy się jeszcze w Pabianicach u rodziny Piotrka, pokazaliśmy im zdjęcia z podróży, zjedliśmy u nich objad i wróciliśmy do domu.
Za rok mamy w planach prawdopodobnie Slawkowski scit (szczit), wybrać się jeszcze raz do Bahledowej doliny gdy będzie lepsza pogoda oraz zwiedzić polskie tatry.

Mam nadzieję, że wpis się wam podobał.
Do zobaczenia później.

Ps. Wczoraj, bo już jest po północy.
Wpis jeszcze zacząłem pisać przed północą.

Kategorie
inne.

Stałem się ofiarą z powodu google

Witajcie.
Google z pewnością traktuje wszystkie kąta, jakby były prywatne.
Dyrektor Instytutu Rusycystyki stworzył konto na g-mailu, które z założenia miało być dla wszystkich studentów I roku.
No i tak było, ale zawsze gdy jakiś nowy student dołączał i się logował, przychodziły krytyczne alerty bezpieczeństwa od google z zaleceniami zmiany hasła, ochrony kąta itd.
Ignorowaliśmy te alerty.
No i jak dzisiaj prubowałem tam zajrzeć, by sprawdzić, czy nikt nam nic nie wysłał, dostałem komunikat, że zostałem wylogowany ze względów bezpieczeństwa, bo podobno jakaś podejrzana aplikacja na moim urządzeniu miała dostęp do kąta.
Sprubowałem się znów zalogować, ale wtedy mnie wyrzuciło na stronę odzyskiwania kąta, gdzie musiałem potwierdzić tożsamość.
Najpierw mnie poprosiło o zeskanowanie kodu QR przy pomocy aplikacji aparat na i-phonie.
I-phona nie mam, więc zeskanowałem kod przy pomocy aplikacji seeing assistant home na androidzie, ale nie dało to w ogule żadnego efektu, tak jak zresztą myślałem.
Telefon mi podał wszystkie informacje o kodzie, ale na stronie się nic nie zadziało.
Nie było nawet pola edycji na wpisanie kodu i był tylko przycisk wyprubój inny sposób, więc wiedziałem, że musiałbym ten kod zeskanować tym konkretnym urządzeniem i tą konkretną aplikacją, by przeszło dalej.
Dałem więc wyprubój inny sposób, ale wtedy mnie poprosiło, bym wziął do ręki urządzenie, które prawdopodobnie należy do dyrektora instytutu, wszedł w nim w ustawienia, google, zarządzanie kątem i z tamtąd przepisał kod bezpieczeństwa.
Siłą rzeczy, nie mam tego telefonu i nie mogłem tego zrobić, więc dałem znów wyprubój inny sposób.
Ale lista sposobów się wtedy skończyła, gdyż wyświetliło się, że google musi wiedzieć więcej, by chronić kąto i był przycisk sprubój ponownie, który powtarzał procedurę od nowa.
W ten sposób, straciłem na zawsze dostęp do maila grupowego.
Nie wiem jeszcze, czy inni studenci też potracili dostęp.
Jeśli tak, to google zrobiło czystkę.
Jeśli tylko kilkoro, to faktycznie jestem ofiarą lub jedną z ofiar google.
Pewny jestem jednak tego, że starosta mojej grupy nie stracił dostępu, więc go poprosiłem, by gdy przyjdzie jakaś ważna wiadomość na mail grupowy, by mi ją przekazywał na mój mail prywatny.
Wniosek: moim zdaniem lepiej, by mail grupowy faktycznie był, ale na innym serwisie.

Co o tym myślicie?

Kategorie
Zakończenie roku

a2s3

Scena 3.
Po kolacji, pokój Warmara.
Warmar i Wartelles sami.
Wartelles (powoli coś pisząc):
Zaraz zrobię skrypcik, który po dodaniu do autostartu będzie jej wyłączał pc.
Warmar:
No i co będę musiał z tym zrobić?
Wartelles:
Do jej autostartu to wrzucisz.
To się robi tak, że wybierasz plik, który będzie się nazywał turnoff.bat, dajesz kopiój, otwierasz folder autostartu dając win+r i wpisując shell:startup i tam wklejasz ten plik.
Warmar:
Na prawdę jest to takie proste?
Wartelles:
Tak, ale myślałem, że nie zrozumiesz z tego zbyt wiele.
Warmar:
Coś mówiłeś o klawiszu win, to jest ten w lewo od alta?
Wartelles:
Dokładnie tak. (Zapisuje plik).
Warmar:
A co jeśli Sterówka się domyśli?
Wartelles:
Jakby się domyśliła, będzie to dla nas pretekst do zwiewania celem znalezienia Chorobisa.
Warmar:
Hmmmmmm, no dobra. Ale z pewnością wtedy zadzwoni do mamy, sam wiesz, jaka jest.
Wartelles:
Trudno, będziemy już musięli działać, bo tylko w ten sposób coś zmienimy na lepsze.
Warmar:
Dobra, a z kąd weźmiemy jakiś chociażby samochód i cokolwiek do samoobrony?
Wartelles:
O kurde, dobre pytanie.
Nie mamy tyle pieniędzy, by własne kupić, więc musięlibyśmy ukraść taki najlepiej z prawem jazdy.
Warmar:
A co jeśli coś by nie wyszło?
Wartelles:
Jeśli coś miałoby nie wypalić, zasilimy szeregi wing slasherów lub fire puncherów i nie będzie nas nic więcej obchodziło.
Ewentualnie jak już mięlibyśmy stwory albo coś do samoobrony, spróbowalibyśmy wtedy z tamtąd wyjść.
Wtedy każdy policjant albo ktokolwiek inny, gdy stanie nam na drodze, będzie mógł wybrać śmierć albo dołączenie do drużyny.
Warmar (uśmiechnięty):
Dobra! Ustalone!
(Uradowany Wartelles zostawia Warmarowi pendrive na biórku i wychodzi.)

Kategorie
Przeróbki

Przeróbka piosenki „My Słowianie” w wersji tekstowej.

Oryginalna piosenka:

Legenda:
Tekst w nawiasach oznacza dźwięki, jakich można użyć.

Tekst przeróbki:
Intro.
Ta piosenka jest dla szalonych imprezowiczów.
Jeśli za takiego się nie uważasz, lub najzwyczajniej w świecie nie nawidzisz imprez, nie oglądaj tego teledysku, gdyż w przeciwnym wypadku może to zagrozić twojemu zdrowiu i/lub życiu.
(CP intro)
(oryginalna muzyka)
Mara, Martinuuuuuuuuuuuuuuus!

Ref.
My Słowianie wiemy jak walczyć w crazy party!
Zapraszamy was do naszego domu na party!
Tacy z naas, wojownicy!
Tacy z naas, zawodnicy!
My Słowianie wiemy jak bić się w crazy party!
Zapraszamy was do naszego domu na party!
Tacy z naas, wojownicy!
Tacy z naas, zawodnicy!
1.
Witajcie w naszym małym świecie,
My będziemy tutaj razem walczyć.
Nasz drogi kochany sąsiedzie,
Może chciałbyś do nas dołączyć?
To nasze karty wspaniale dobrane.
Już dzisiaj możesz je dostać,
Więc jeśli właśnie chcesz tego,
Zawsze możesz jednym z nas sięęęęę stać!

Ref.
2.
To, co nasze jest najlepsze jest więc to bierz,
To co nasze jest najlepsze więc bierz to i walcz!
To, co nasze jest najlepsze jest więc to bierz,
To co nasze jest najlepsze więc bierz to i walcz!

(przerwa w śpiewaniu, można tu wrzucić fragment jakiejś walki CP).

3.
Mamy to, czego nie ma nikt inny,
A tym czymś jest chęć do walki.
Tak więc jeśli szukasz fighterów,
U nas znajdziesz świetnych partnerów.
Nasze karty nie mają poziomów,
Bo nie mają powodów ich mieć,
Więc jeśli nudno ci w domu,
Zawalcz z nami i poimprezój!
ref.
Dołącz do nas!
Dołącz do naaaaaas!
Dołącz do nas!
(Gwizdek CP)

Kategorie
moje pasty

Moja pierwsza creepy pasta.

Witajcie, macie szczęście, że teraz to mogę pisać, szczerze bym się tego nie spodziewał.
No ale do żeczy, bo czasu mam niewiele.

Otuż nazywam się Wartelles.
Jestem młodym chłopcem i zawsze czekałem na nowe wydanie sabla.
I pewnego razu przyszła do mnie płyta z napisem Sable.
Od razu ją włorzyłem i tam okazało się, że jest Paladin of The Sky po francusku.
Gra się sama odpaliła i zrozumiałem, że jest w trybie demo.
No ale strzałki i enter w ogule nie działały.
Myślę sobie, że to nic więcej niż wielkie G i dałem alt+f4, oczywiście nie zadziałał.
Nawet ctrl+shift+esc i alt+ctrl+delete również wydawało się, że nie miały takiego efektu, jaki chciałem, jedynie nvda coś gadał po francusku oczywiście.
I akurat wtedy mama przyszła i zamknęła klapę laptopa i co ciekawe, wyświetliło się readme.
Oczywiście strzałki również nie działały, ale metodą prób i błędów okazało się, że da się po nim przemieszczać ctrl+pageup i ctrl+page down.
Jak przeczytałem wszystkie skruty klawiszowe, aż zamarłem z przerażenia.
Jedyne, co teraz pamiętam, to alt+shift+ctrl+x to tzw. dragon strike response, czyli trzeba nacisnąć te klawisze gdy tylko usłyszy się piknięcie podczas używania scrolla.
ctrl+shift+escape wychodził z menu.
ctrl+alt+delete wybierał zaznaczoną obcję w menu.
alt+f4 mówił ci, co w danej sytuacji musisz zrobić.
Grę się dało zawsze zapisać, ale trzebabyło do tego użyć kombinacji alt+shift+ctrl+windows+tab+capslock+u.
No i wkońcu włącznik komputera przełączał pomiędzy angielską i francuską wersją gry.
Reszty już nie mam czasu wam powiedzieć, może kiedyś jeszcze będę mógł.
Wiedząc, że już nie mam wyboru, postanowiłem wyprubować angielską wersję gry.
Język jednak był trochę zdeformowany, np.
partee
zamiast
party
oraz
inventorie
zamiast
inventory
unnowne giftese
zamiast
unknown gifts
itd.
Pomyślałem sobie, że to też wielkie G i przełączyłem się z powrotem na wersję francuską i spróbowałem włączyć nvda translate addon, który miałem zainstalowany na komputerze.
Jednak to nie działało, ale nagle pokazał się komunikat, że jest dostępna nowa wersja gry.
Jednak pasek postępu był obrazowany przez wejście na płytę CD, co oznacza, że napęd wyjmował się podczas aktualizacji gry i gdy wszystko się skończyło, zamknął się tak mocno, że aż poleciały iskry.
Okazało się, że było więcej języków do wyboru, m.in. niemiecki, norweski i rosyjski.
Wiedząc, że ta wersja angielska miała takie błędy, wyprubowałem rosyjską bo już się uczyłem tego języka.
Wszystko było wmiarę normalnie z tym tylko, że zamiast cyrlicy były litery łacińskie, co wsumie było mi na rękę.
Po chwili pojawiła się kolejna aktualizacja językowa.
Wydawało mi się wtedy, że jeśli zacznę to pobierać, mój komputer będzie rozwalony, ale niechcący wcisnąłem tak.
Na szczęście tylko stało się to, co przed tem.
Doszły kolejne nowe języki, w tym polski, który był normalny z tym tylko że bez polskich znaków.
Potem była ostateczna aktualizacja języków, która akurat pobrała się sama i też nie wyrządziła żadnych szkód.
No i wszystko działało normalnie oprucz tych nieszczęsnych skrutów klawiszowych.
Dowiedziałem się też, że został zmieniony typ licencjonowania.
Gra była całkowicie za darmo z tym tylko, że w 8-bitowej wersji, dźwięki poruszania się po menu i wyboru obcji były dokładnie takie same, jak w pokemon crystal.
Nvda też mówił jakieś dziwne cyferki przed rozpoczęciem walki oraz odtwórz przed nazwą każdej obcji menu.
Znałem to ze skryptów pokemon crystal access, więc dało się do tego przyzwyczaić.
Normalna wersja kosztowała 5 zł miesięcznie i można ją było wyprubować za darmo przez godzinę.
No ale tracki były nizkiej jakości, więc kupować tego nie warto było.
No i jakoś przeszedłem grę i dostałem pytanie, czy chcę rozpocząć część drugą.
Wybrałem tak i okazało się, że 100 lat po części 1 planeta xopolis została zaimfekowana przez corona virusa i trzebabyło zwiać na ziemię, co wymagało wybudowania statku i walki ze wszystkim, kto był na drodzę.
Do kupienia w tej części była też specjalna postać- duch Rossa i to też była subskrybcja, która działała tak, że za pierwszy miesiąc płaciło się 5 zł, za każdy następny 2 razy więcej, czyli 10, potem 20, potem 40 zł itd.
Jak poprzednio, można było go też wyprubować przez godzinę.
Oczywiście była to najpotężniejsza postać jaką dało się mieć i okazało się, że była dostępna za darmo jako unknown gift.
Przeszedłem to i potem zacząłem część 3.
1000 lat po części 2 smoki, które nie nawidziły chalflingów chcięli ich zlikwidować.
Zadaniem bohatera było zabicie ich wszystkich łącznie z królem.
W czwartej części dowiadujemy się, że jest kompletna anarchia i jedynie można pracować w restauracji.
Gra wyglądała praktycznie tak samo, jak jedna z minigier w Crazy party, gracze pewnie od razu domyślą się, o co chodzi.
Jedyna różnica to brak dźwięków kroków i oczywiście strasznie skomplikowane skruty klawiszowe.
I tak przechodziłem to wszystko dalej i gdy doszedłem do części 1000, usłyszałem głos matki:
"Ty już 3 lata grasz bez w ogule żadnego jedzenia!"
– Jak to? – zapytałem się.
– Nie wiem. – odparła kobieta.
Przyjrzałem się sobie i okazało się, że tak na prawdę jestem robotem z ludzkimi ubraniami i nawet miałem niezłą klawiaturę na swoim panelu kontrolnym.
Wtedy coś w głowie mi powiedziało te słowa:
"Dziękujemy za to, że stałeś się robotem, twój komputer będzie teraz człowiekiem."
I dosłownie z komputera wyrosły ludzkie nużki i sprzęt wyskoczył przez okno, wydając przy tym śmiech.
Byliśmy oszołomieni i dosłownie 2 kolejne roboty wparowały do naszego domu.
Na szczęście rozpoznałem ich dźwięki, to byli guardian robot i mecha slothegor.
Coooooo to woooogulllleeeee jeeeest! – krzyknęła moja mama, ale zanim zdążyłem co kolwiek jej wyjaśnić, guardian robot użył ataku hyper breaker na niej, oczywiście zabijając ją od razu.
Potem slothegor użył ataku branch trash na jej znajomej.
Trochę jej wsumię nie lubiłem, więc dobrze że nie żyje. – pomyślałem sobie i zaraz po tym conjure sword został wymierzony w głowę mojego brata Warmara.
I tak z nim nie rozmawiałem. – pomyślałem sobie.
Jednak gdy slothegor przygotowywał się do użycia natural overdrive na przyjaciółce brata, wrzeszczałem:
Nieeeeeeeeeeeee!
No ale nic nie mogłem z przeznaczeniem zrobić.
Nie mam już po co żyć. – myślałem sobie.
Tymczasem roboty wybiegły z domu i mogłem widzieć, jak moja okolica jest masakrowana.
I znowu odezwał się jakiś głos w mojej głowie:
"Czy też chcesz być jednym z tych robotów?"
No i miałem menu, po którym mogłem się poruszać strzałkami na swoim panelu kontrolnym.
Wybrałem tak i dobrze, że to zrobiłem, gdyż moi domownicy zostali odrodzeni też jako roboty, dobre i to, a ja dzięki temu mogłem wam to wszystko opisać.
Jednak miałem więcej czasu niż zakładałem, ale już na prawdę muszę kończyć.
Może jeszczę się z wami zobaczę.

Kategorie
zagadki

Rozwiązanie już podane. Jakieś jakby rytmiczne remonty, do tego pojawiająca się i znikająca muzyczka, czyli zgadnijcie, w jakim kraju jest coś takiego.

Kategorie
Zakończenie roku

a2s2

Scena 2.
Korytarz.
Wartelles i Warmar wychodzili ze swoich pokoi i spotkali się na drodze.
Wartelles (podekscytowany):
Braciszku!
Jak znam ciebie, wszystko załatwiłeś na medal!
Warmar:
Muszę cię rozczarować, ale jest problem, i to duży.
Wartelles (łapie się za głowę):
Jakto?
Warmar:
Z wing slasherami i fire puncherami wszystko poszło jak spłatka, ale jak próbowałem dzwonić do Chorobisa, słyszałem tylko jakieś mechaniczne jakby głosy.
Wartelles:
Niemożliwe. Mogę ja teraz tam zadzwonić?
Warmar:
Dobra dzwoń. Przynajmniej przekonasz się, że mówię prawdę.
(Podaje kartkę Wartellesowi i wskazuje palcem numer).
(Wartelles wykręca go na swoim telefonie.)
Głos:
Witamy w firmie Mause. Aby połączyć się z konsultantem, wybierz 1.
Aby się rozłączyć i zapomnieć o sprawie, wybierz 2.

Wartelles (Z podziwem patrząc na telefon, na stronie do Warmara):
To jest espeak.
Warmar:
Co to?
Wartelles:
Syntezator mowy, którego używam w komputerze na co dzień.
Warmar:
Chcesz mi powiedzieć, że to nie jest człowiek?
Wartelles:
Bardzo możliwe.
Warmar:
To jeszcze nie koniec, naciśnij tę jedynkę.
(Wartelles posłusznie wykonuje polecenie.)
Głos 2 (powtarza 5 razy bez żadnej intonacji):
Łączę.
Głos 3:
Jestem konsultantem firmy Mause. W czym mogę służyć?
Wartelles (z przerażoną twarzą, na stronie do Warmara):
Jan i pewnie syntezator, którego nie znam.
Warmar:
A może wszystko jest dobrze ale ten cwany Chorobis się tak maskuje?
Wartelles:
Zaraz zobaczymy.
(Głośno do telefonu):
Chorobis!
Konsultant:
Poprzedni klient się o niego pytał, nie ma u nas nikogo takiego.
Wartelles:
Jest! To ty, cwany syntezatorze który może udawać espeaka i Jana!
Konsultant:
Obraża pan naszą firmę, tworzymy sprawę i się rozłączamy.
(Natychmiast przerwał połączenie).
Otwierają się jakieś drzwi i na korytarz wchodzi jasnowłosa kobieta.
Kobieta:
Czy wy o Chorobisie rozmawialiście? I dlaczego tutaj i tak głośno?
Warmar:
Oj mamuniu, spotkaliśmy się na drodze i jakoś tak wyszło.
Matka:
Te wasze kłutnie. Co tym razem chcięliście wymyśleć?
Wartelles:
Jak się go pozbyć, by dalej światu nie szkodził.
Matka:
Odwagi gratuluję, ale raczej się wam to nie uda.
Jak chcecie się kłucić tak głośno, to w swoich pokojach i na inne tematy, ok?
Wartelles:
Dobra dobra.
Matka wraca tam, z kąd przybyła.
Rozmowa toczy się szeptem.
Wartelles:
Jak myślisz? Ten dziad się nie chce przyznać czy to prawda i go np. porwano?
Warmar:
Ten news o Corona virus application był chyba wczoraj wieczorem.
Wartelles:
To pewnie porwanie mogło mieć miejsce nocą.
Warmar:
Możesz mieć rację. Ale co teraz zrobimy?
Wartelles:
Gdybym tylko miał dwie ręce.
Warmar:
Co chcesz zrobić?
Wartelles:
Zaczaić się w pracowni wiesz czyjej i dać do autostartu jakiś plik.bat, który by wyłączał jej komputer zaraz po zalogowaniu się do systemu.
Warmar:
A wiesz na ile się zna na informatyce?
Wartelles:
Z tego, co mi wiadomo, nie wie wiele i nie powinna się domyślić.
Warmar:
Odrazu zróbmy plan B. Jak to nie wypali, musimy zorganizować wyprawę do Chorobisa.
Wartelles:
Dobra, narazie coś zjedzmy, bo czas kolacji, potem przyjdź do mnie i postaram się ci wyjaśnić ten plan informatyczny.
Warmar:
Ustalone!
Wychodzą do kuchni.

Kategorie
inne.

No i trochę ostatnio napadało.

Mam na myśli śnieg.
Jeżeli do teraz nie stopniał, wyjdę niedługo na śnieżki.
W tych czasach śniegu jest na tyle mało, że postanowiłem z radością napisać ten krótki wpis, by wam przypomnieć, że jeszcze można doświadczyć zimowej atmoswery.
Do zobaczenia później.

Kategorie
zagadki

Zagadka już rozwiązana: nad jakim krajem leciałem?

Kategorie
inne.

Brzmienie jednego z moich tegorocznych prezentów.